|
|
Blog > Komentarze do wpisu
Viva Rozkoš. Viva Náchod! Viva España!
Meeeega weekend za nami. W piątek po pracy wyjechaliśmy, żeby na 20 być w Czechach nad Jeziorkiem Rozkosz. Co tu dużo mówić - nazwa bardzo adekwatna. Dojechaliśmy, rozłożyliśmy namiot i wszystkie duperele, i rozpaliliśmy grilla. W tle rozbrzmiewała czeska rockowa muzyka, bo trafiliśmy na okres festiwalu czeskiej muzyki rockowej. I tak się złożyło, że gdy z bagażnika auta zrobiliśmy sobie ławkę, a kiełbaski pojawiły się na talerzach, mogliśmy oglądać pokaz fajerwerków. Rockowy festiwal się kończył fajerwerkami, a nasz weekend się właśnie zaczynał. To była dobra zapowiedź wypoczynku.
W sobotę skoro świt - czyli o 7 rano wstaliśmy, choć camping i wszyscy normalni jeszcze spali. Wyturlaliśmy się z namiotu pod prysznic, rozłożyliśmy się w cieniu na kocyku i w spokoju zjedliśmy śniadanko. Wybiła 10 i wyświetliliśmy się nad jeziorkiem. Nie powiem, żeby woda zachęcała do kąpieli, bo ostatnio były mega upały, więc glony kwitły jak szalone. Pozwoliliśmy sobie na zanurzenie jedynie stóp i wyłożyliśmy się z książkami w ręku na kocu. Oczywiście nie mogłam zbyt długo wytrzymać w jednej pozycji i po kilku kwadransach i jęczeniach, że mi nudno, poszłam kupić materacyk. I tak z materacem byłam gotowa na kąpiel!
Słońce + woda = głód, więc odpaliliśmy grilla i sprawiliśmy sobie cudownie zamarynowane skrzydełka z kurczaka. Potem znowu chwila błogiego lenistwa i wyjazd do Hradec Kralove. Małe, przytulne miasteczko z rynkiem przypominającym ten ze Złotoryi. Generalnie fajnie, ale meeega gorąco. Wybraliśmy się też do małego lokalnego lokalu na kawę mrożoną i czeskie piwo. Na mecz wróciliśmy do Nachod. Przy zimnym piwku i równie zimnej lemoniadzie zalegliśmy w pubie. Mieszanka czesko-polskiej ludności była fantastyczna, bo gdy Niemcy mieli jakieś lepsze akcje, vivatowali Czesi, gdy Urugwaj był górą, cieszyli się Polacy, to sprawiało, że wrzało nieustannie. A wszystko to w fantastycznej atmosferze. (Tylko co z tego, skoro Urugwaj przegrał?!)
Niedzielę chcieliśmy w pełni wykorzystać na relaks, więc od rana wyłożyliśmy się z książkami na kocu w cieniu. Ka dzień wcześniej spiekł się jak raczek, więc o opalaniu we dwoje nie było mowy. Zaległam znowu dryfując po jeziorze na materacyku i smażyłam się jak na patelni. Spiekłam wszystko, co spiec sobie mogłam. I mówiąc szczerze miałam już dość słońca, skwaru, upału i wszystkiego, co za tym idzie. Więc podczas obiadu doszliśmy do wniosku, że po krótkiej sjeście wracamy do domu. Z tym, że z krótkiej sjesty zrobiło się dwugodzinne leżenie na kocu w cieniu. Pochłonięci lekturą nie zauważyliśmy, jak wybiła 17.30. A przecież trzeba było obejrzeć jak Hiszpania kopie holenderskie tyłki. W pospiechu spakowaliśmy manatki - tzn. ja złożyłam namiot, śpiwory i wszystko inne, a Ka w tym czasie umył grilla i ruszyliśmy na finał. Nie mogło obyć się bez korków tuz przed Wro, więc spóźniliśmy o 15 minut.
Viva Espana!
I poszliśmy spać. poniedziałek, 12 lipca 2010, makosiatko
[url=http://tiny.pl/1tzm][img]http://www.kociezycie.pl/logo.gif[/img][/url]
|