|
|
<
|
Maj 2012 |
>
|
|
| Pn |
Wt |
Śr |
Cz |
Pt |
So |
N |
|
|
1
|
2
|
3
|
4
|
5
|
6
|
|
7
|
8
|
9
|
10
|
11
|
12
|
13
|
|
14
|
15
|
16
|
17
|
18
|
19
|
20
|
|
21
|
22
|
23
|
24
|
25
|
26
|
27
|
|
28
|
29
|
30
|
31
|
|
|
|
|
piątek, 11 maja 2012
Nad życie
Nad życie pokochała. Nad życie była kochana. Nad życie własne ceniła życie, która mogła ofiarować córce. Zapytasz, czy warto? Odpowiem - sprawdź. Zapytasz, o czym? Odpowiem, sprawdź. Powiesz, że nie idziesz? Odpowiem, ty tracisz. Tracisz możliwość odkrycia własnego 'Nad życie', możliwość uświadomienia sobie, co tak naprawdę ma sens, z czym na co dzień walczą cisi bohaterowie. Możesz krzyczeć, że to łzawa historia, że jest ich wiele, że to kolejna produkcja TVN-u, która ma zmusić do łez i wydania kasy. Krzycz ile chcesz! Czekałam na tę premierę kilka tygodni, szłam na nią przygotowana na łzy, emocje, wewnętrzny bunt przed niesprawiedliwością losu. Wyszłam z kina z przekonaniem, że to był film zrobiony z wielką miłością do Agaty Mróz, scenariusz napisało życie, bo scenariusz był w dużej mierze moderowany przez Jacka Olszewskiego. Nie oczekiwałam hollywoodzkich zdjęć, blichtru i nie wiadomo czego. Myślę, że każdy widz, który idzie na 'Nad życie' zainspirowany reklamą, opowieściami znajomych czy po prostu zasłyszaną niegdyś historią słynnej polskiej siatkarki, idzie obejrzeć jej historię. A czytają recenzję, w której nazywająca siebie krytykiem Joanna Ostrowska pisze: "Trybuny to komputerowa porażka - tłum jest nieostry i wygląda sztucznie.
Co jakiś czas zbliżenie na grupkę kibiców. Nieustannie te same twarze
statystów silących się na spontaniczność." czy "Gdyby chodziło jedynie o kwestie światopoglądowe, można byłoby albo po
prostu się nie zgodzić, albo złośliwie obwieścić powstanie polskiej
wersji ostatniej części amerykańskiej "Sagi Zmierzch". Tam główna bohaterka – poślubiona po bożemu wampirowi – też zachodzi w ciążę dość niespodziewanie.", "W tej wziętej z życia historii schemat fabularny to niskiej jakości
dramat, w którym widz ma reagować wzruszeniem niczym tresowana małpka –
na zawołanie","Gwiazda sportu dotknięta chorobą znajduje sens w małżeństwie i
macierzyństwie, dla których jest w stanie zaryzykować własne życie.", szczerze współczuję samozwańczej pani krytyk, że w oprócz rozmazanego tłumu i łez u widzów, nie wyniosła z tego filmu żadnego przesłania, żadnej wartości. No ni, przecież muszą być ludzie, którym do gustu przypada 'American Pie' i inne super ostre i niewzruszające hollywoodzkie produkcje. (Tak żeby dolać oliwy do ognia i w pełni powiedzieć co myślę, to zdecydowanie bardziej polecam 'Nad życie' od 'W ciemności'.)
środa, 09 maja 2012
Mam kota na punkcie kota!
Zwariowałam na punkcie mojego kota - Luki. A może po kolei.
Mamy Lukę od ponad 2 lat. Trafiła do nas jako kot tymczasowy, czyli miała się oswoić (bo była kotem zupełnie dzikim) i trafić do nowego domu. Oswajanie trwało długo, ponieważ jak przystało na kota zupełnie dzikiego - nic jej nie przekonywało do tego, żeby człowieka uznać za przyjaciela. Skoro nie skutkowała dobroć, trzeba było spróbować przymusu. I tak oto w mieszkaniu znalazła się wielka klatka, w której spokojnie zmieściła się kuweta, miski, kilka zabawek dla już cywilizowanych kotów, a nawet skonstruowałam legowisko na kształt hamaka, zmieściłam się też w niej ja - tak, bez ściemy, ja też do niej wchodziłam. I tak w tej klatce przesiadywałyśmy obie - Luka, żebym miała możliwość kontrolowania jej jedzenia, załatwiania się, zachowania i ja, żeby móc przekonywać ją, że człowiek to nie tylko ten potwór, który stanowczym krokiem przechodzi obok maleńkich i niewinnych kotów, czasem je kopnie, czy będzie chciał złapać; ale człowiek to też źródło bezpieczeństwa, przyjemności i podstawowych środków do życia. Luka sama uciekała ze swojego naturalnego środowiska, ponieważ była bita przez inne koty - prawdopodobnie przez to, że była najmniejsza, najłagodniejsza i najsłabsza. I tak siedziałyśmy w klatce miesiąc, potem klatka przestała być potrzebna, a Luka przyzwyczajała się do 'ograniczonej wolności' (pełna wolność, to wiadomo - podwórko, ale tam się odnaleźć nie potrafiła). Później z Ka stwierdziliśmy, że dwa koty w domu fantastycznie na siebie wpływają, szczególnie, gdy my wyjeżdżamy na weekend. Po prostu nie siedzi w domu jeden kot i nie chodzi z kąta w kąt, tylko mogą się bawić, szturchać, tulić i co tam jeszcze robić chcą. I tak kot został. Oczywiście Luka nigdy nie dała z siebie zrobić w pełni udomowionego kota, bo jak tylko słyszała jakieś głośniejsze kroki, to uciekała w najmniejsze luki, jak tylko ktoś obcy zjawiał się w mieszkaniu, spieprzała ile sił w łapkach. O wzięciu na ręce, przytuleniu, czy jakiś regularnych czułościach też nie było mowy.
W majowy weekend Luka została wysterylizowana, ponieważ rujki dręczyły ją regularnie co tydzień, były długie i uciążliwe i dla niej, i dla nas. I nagle kota przestałam poznawać! bynajmniej nie dlatego, że został ubrany w śmieszny kaftanik/śpioszki/ubranko ochronne, ale dlatego, że teraz Luka nie opuszcza mnie na krok. Śpi na moim ramieniu, przytula się jak mały pieszczoch, wiecznie tylko śpiewa swoje mruczanki i domaga się uwagi.
I jak tu nie kochać zwierząt?!
sobota, 05 maja 2012
Katharsis
Patrzą na okładkę i mówią, że zazdroszczą, że jest idealnie, że jak nikt inny pasujemy do siebie. Miło jest słyszeć takie głosy. Ale jak jest, wiemy tylko my.
Jesteśmy ze sobą cztery i pół roku, tyleż samo ze sobą mieszkamy. Na moje życzenie zostaliśmy ogoleni z tych beztroskich i niezobowiązujących spotkań, odprowadzania się do domu, umawiania na randki. Dlaczego na moje życzenie? Bo byłam w związku trwającym cztery lata. Postanowiliśmy ze sobą zamieszkać idąc na studia do jednego miasta i choć nasz związek był dość burzliwy, ale piękny w tej burzliwości; zgasł, gdy zaczęliśmy dzielić ze sobą codzienność. Wtedy postanowiłam, że nie dopuszczę do tego, że zmarnuję tyle czasu na związek, który się nie udał, bo nie potrafiliśmy się dogadać w życiu codziennym. Tak, wtedy myślałam o tym w kategoriach zmarnowanego czasu. Dziś wiem, że szybkie zamieszkanie razem gwarantuje oszczędność czasu, ale gwarantuje też oszczędność wzniesień, oszczędność pierwszych razów, oszczędność emocji. Czy żałuję? Nie. A może trochę. Wiem, że gdybym była jeszcze raz wchodziła w nowy związek, chciałabym, żeby rozwijał się wolniej, żebym mogła nacieszyć się każdą jego chwilą, naszym dojrzewaniem we dwoje.
A dziś, po tych ponad czterech latach jest dobrze. Tak, to jest chyba idealne określenie. Tylko co to oznacza? Jest tak, że pewnie, że mogłoby być gorzej, ale nie jest tak dobrze, że cieszy mnie to, jak jest, co mam. Nie interesuje mnie wytłumaczenie w postaci: po takim czasie wkrada się rutyna, nie można mieć wszystkiego, ciesz się tym co masz.
Ja wcale nie narzekam. Nie chcę też, żebyśmy jak na początku kładli się do łóżka i nie potrafili zasnąć bez splecionych rąk. Dojrzeliśmy w naszym wspólnym życiu i nie potrzebujemy wiecznego zapewniania się o miłości, czy wielkich miłosnych uniesień. Wystarczyłoby więcej czułości, więcej uwagi, więcej myślenia o tej drugiej stronie.
Tak, czuję się pominięta, niezauważana i zepchnięta na bok.
P.S. Postanowienie na dziś: jak Ka wróci ze Ska, będziemy bardziej dbać o nasz związek.
P.S. 2 Ulżyło mi.
piątek, 04 maja 2012
Konkubinat i amerykańskie badania
Śmiejemy się z Ka, że żyjemy w konkubinacie. Słowo od razu przywołuje na myśl patologię, bicie i picie konkubenta lub konkubiny. Czy nie ma bardziej neutralnego określenia? Jest - związek partnerski. Ale on nabrał znaczenia politycznego, kiedy głośno było o legalizacji związków partnerskich, dziedziczeniu itp. Przychodzi jednak taki etap związku, kiedy chce się czegoś więcej niż nieformalne bycie ze sobą.
Ka znany jest z negatywnego stosunku do małżeństw, bo po co się żenić, skoro tyle wkoło rozwodów, małżeństwo to odpowiedzialność. Ja znowu uważam, że małżeństwo to jest kolejny etap związku, kiedy oboje świadomie podejmujemy decyzję o tym, że stajemy się współodpowiedzialni za siebie. Że budujemy nie tylko sobie przyszłość, ale przede wszystkim nam. Są oczywiście tego naturalne konsekwencje - możesz odwiedzić swojego małżonka w szpitalu, jeżeli coś się stanie; możecie rozliczać się z podatku razem, a to spora wygoda; możecie odbierać za siebie korespondencję, jeżeli ta druga osoba będzie poza domem, a przyjdzie list polecony;a kiedy stanie się tragedia, nie musisz walczyć z rodziną małżonka o prawa do jego 50% mieszkania, bo naturalne jest to, że dziedziczy mąż/żona.
Wydaje mi się, że małżeństwo to przede wszystkim chęć zabezpieczenia siebie nawzajem, to chęć wzięcia współodpowiedzialności za ukochaną osobę, a w końcu to jedyne świadectwo miłości, jakie można dać drugiej osobie.
W stolicy wszelkich badań i statystyk - w USA - przeprowadzone były badania na temat dbałości o związek oraz rozstań. Wyniki były jednoznaczne - jeżeli w związku jest kryzys, łatwiej przechodzą go małżeństwa niż związki partnerskie, ponieważ kiedy decydujesz się na małżeństwo, starasz się o związek, a poza tym, jak będziesz chciał się rozwieść, będzie cię to kosztować o wiele więcej stresu i formalności, że warto o małżeństwo jeszcze raz zawalczyć.
piątek, 27 kwietnia 2012
Recepta na udany długi weekend
To będzie bardzo wypoczynkowy tydzień. Bardzo, bardzo, bardzo. Moim celem jest: po pierwsze - spędzenie aktywnie czasu z Ka; po drugie - ogarnę mieszkanie, zimowe rzeczy wrzucę na górną półkę w garażu, przygotuję mieszkanie na brak wolnego czasu przez najbliższe 2 miesiące; po trzecie - naładuję tak akumulatory, że energii starczy mi do następnego długiego weekendu.
Świadoma byłam tego, jak dobrze potrafię zorganizować sobie czas i pracę, ale nie podejrzewałam, że aż tak dobrze. Potwierdza się, że strach ma wielkie oczy i na tych oczach się kończy. Spokój, opanowanie i cierpliwość, to jest to, co sprawia, że życie i praca stają się przyjemniejsze.
Teraz biorę to, co najlepsze i pracuję nad tym, by żyć wedle własnych wartości i priorytetów.
niedziela, 22 kwietnia 2012
Lęk wysokości
Pewnie mocny film. Pewnie wywoływał silne emocje u większości widzów. Pewnie tak.
Dla mnie to raczej kilka ujęć ze Świąt spędzanych u dziadków, gdzie mieszkał wujek ze schizofrenią. To raczej jak czytanie własnego pamiętnika. Jak przewracanie kartek ze wspomnieniami z wakacji, kiedy to wujek w tajemnicy przestał brać leki i gonił mnie i Pe grożąc, że nas zabije, że nikt nam nie pomoże. To jakby urywki z burzliwych i przerażających kłótni człowieka chorego, człowieka mieszającego leki z alkoholem, z dziadkami i rodzicami. To okropny widok wujka, który w drugi dzień Świąt Bożego Narodzenia przywędrował do mieszkania dziadków w piżamie i na boso mimo srogiej zimy, jak się później okazało - uciekł z zakładu psychiatrycznego oddalonego o ponad 50km i szedł pieszo 2 dni. I ta ciągła niepewność, nieufność, co się stanie za chwilę, bo nigdy nie było wiadomo, czy po tym, jak poczęstuje mnie gotówką na loda, nie zrobi komuś awantury, bo zwyczajnie nie wziął leków. Mimo to, to bardzo inteligentny człowiek, oczytany, śledzący z uporem maniaka wiadomości, nowości w księgarniach. Przykre jest to, że z upływem lat staje się coraz większym więźniem świata stworzonego przez swój chory umysł.
A szpital pokazany w 'Lęku wysokości' to istne sanatorium. Jeżeli zrobiła na kimś wrażenie scena, kiedy Wojciech Janicki (grany przez Krzysztofa Stroińskiego) zostaje rozebrany, jak niemowlę przebrany w dawno znoszoną piżamę, a później wniesiony pod prysznic, niech odwiedzi kiedyś oddział neurologiczny w gorzowskim szpitalu zamkniętym.
Jakieś 10 lat temu trafił tam po rozległym udarze mój dziadek. Trafił tam warząc prawie 90kg (przy wzroście 180). Z każdym tygodniem zaczynało go brakować i jeżeli chodzi o ciało, które kurczyło się każdego dnia, i jeżeli chodzi o funkcje życiowe. Przestał chodzić, jeść, czuć, że się załatwia, przestał mówić. Jedyne, czego przybywało, to siniaków na Jego ciele. Przybywało ran po nieudanych próbach wkłócia się pielęgniarki w żyłę. Przybywało ran po razach wymierzanych przez pracowników, którzy walczyli z ciałem starego i schorowanego człowieka. Kiedy usłyszeliśmy od lekarza, że jedyne, co możemy dla dziadka zrobić, to oddać go do hospicjum, by zmarł w 'należytej' opiece lekarskiej, zaczęła się walka.
Babcia wzięła dziadka do domu i choć każda chwila, każdy dzień był walką, była szczęśliwa, a i On odzyskał (na ile to było możliwe) zdrowie - mówił, chodził, stawał się z miesiąca na miesiąc bardziej samodzielny, zaczął odzyskiwać pamięć - przynajmniej tę z okresu dzieciństwa i wczesnej młodości. Zamienił się z 45kg wieszaka na skórę (tak, w szpitalu przez 2,5miesiąca schudł 45kg) w mężczyznę znowu postawnego. Choć nigdy nie wrócił do pełnej sprawności.
To życie pisze okrutne scenariusze, to życie każe borykać się z bezwzględną chorobą bliskich. Życie każe weryfikować wartości, uczy pokory. Każe pokonywać własne lęki wysokości.
P.S. Film Bartosza Konopki 'Lęk wysokości' naprawdę warto obejrzeć z szacunku do wspomnianego wcześniej przeze mnie Krzysztofa Stroińskiego, a także Marcina Dorocińskiego i Magdaleny Popławskiej. Choć nie jet to dzieło wszech czasów, choć nie pozostanie na jakoś bardzo długo w mojej pamięci, to wybierz się do kina.
Polska Kim Kardashian
Tydzień temu przyszedł wypracowany i upragniony awans, zabrał mnóstwo wolnego czasu, dał w zamian ogromne pokłady energii, pozytywnego nastawienia i woli walki o siebie, własne cele i marzenia. Teraz buduję od zera swój zespół sprzedaży, wychowuję ludzi na zwycięzców, po to by później móc wygrywać z konkurencją. Tak, teraz moim celem jest zbudowanie tak mocnego teamu, że inni wyskoczą z butów. Ale jak się bardzo chce, to można, prawda?
A za oknem wiosna, więc od razu przyjemniej się wstaje. Słoneczko świeci o świcie prosto w twarz, grzeje plecy, jak tylko obrócę się na drugi bok i nie da się w żaden sposób uciec przed pobudką. Zresztą jak zawsze miała problem ze wstawaniem, tak teraz budzik ustawiłam na budzenie mnie piętnaście minut wcześnie, a w konsekwencji, to ja wstaję przed budzikiem.
Poczytuję ostatnio dość regularnie bloga Anny Muchy (http://anna-mucha.bloog.pl/), kiedyś, kiedy jeszcze znana była z 'M jak Miłość' i związku z Kubą Wojewódzkim, uwielbiałam ją za jej bezkompromisowość, upór, konsekwencję i bycie po prostu fajną, równą babką. Dziś to już zupełnie inna kobieta, powiedziałabym kobieta spełniona, matka, celebrytka. Tylko jej się potwornie w d*pie poprzewracało! Dziewczynie w głowie (prócz córeczki, ale to akurat uważam za słuszne) tylko szpilki, lans, celebrowanie. Kiedyś musiałam natrudzić się, żeby czegokolwiek się o niej dowiedzieć. Dziś, kiedy bryluje na salonach, co chwilę czytam: "Strój Anny Muchy - hit czy kit?", "Jak Anna Mucha wróciła do sylwetki sprzed ciąży?", "Nowe produkty marki 'Anna Mucha' już w maju.", "Anna Mucha radzi jakie kosmetyki używać, a z jakich zrezygnować".
Narodziła się Kim Kardashian polskiej popkultury - nic znaczącego nie zrobiła, nic wyjątkowego i zasługującego na sławę nie robi, a jest gwiazdą pisemek, poradników, śniadaniówek i internetu.
Teraz mówię jej zdecydowane: NIE! (choć bardzo nad tym ubolewam, bo kiedyś bardzo ją lubiłam)
czwartek, 12 kwietnia 2012
Kto zasługuje na samotność?
Niewielu w życiu
rzeczy się boję. Mam lęk wysokości, z którym uwielbiam się droczyć
korzystając z wyciągów narciarskich, chodząc do wesołego miasteczka.
Jest jednak coś, co mnie przeraża i paraliżuje - to samotność. Na myśl o tym, że
mogłabym być samotna na starość, mówię, że nie chcę jej dożyć, że wolę
umrzeć w kwiecie wieku, z poczuciem, że jestem potrzebna. Jak widzę,
matkę, babcię, prababcię, która wielkanocne śniadanie spędza w
samotności przy pustym stole, która w Wigilię zamiast łamać się z
bliskimi opłatkiem, łamie się wewnątrz siebie z bólu, serce mi pęka, a łzy lecą strumieniami. Matkę, która jest
ciężarem dla swoich dzieci, bo po co komu matka, która coraz mniej może
zrobić, która nie chce oddawać już połowy swojej emerytury, czuję olbrzymią złość na dzieci/wnuki/prawnuki/tych, którzy powinni być najbliżsi. Bo w końcu po co komu
babcia, która nie daje wnukom na zawołanie pieniędzy, która chce
porozmawiać, chce posiedzieć, chce poczuć się potrzebna i kochana? Jeżeli
usłyszę od kobiety, że nie chce mieć dzieci, bo jest to inwestycja,
która się nie zwraca; że jest to poświęcenie, które nigdy nie zostanie
docenione, a o odwzajemnieniu nie ma nawet mowy, to naprawdę jestem w
stanie zrozumieć taką decyzję. Najbardziej
boli samotność, kiedy wkoło jest mnóstwo ludzi - rodzina mieszkająca
po sąsiedzku, a będąca takim samym wrogiem, jak sąsiad mieszkający za
ścianą, z którym kłótnie i sprawy sądowe były niegdyś na porządku
dziennym. Kiedy słyszę od starszej kobiety, która mogłaby być moją
babcią, że czeka na moment, gdy będzie mogła wynieść się z rodzinnego
domu do domu opieki, nie jestem w stanie przejść obojętnie. Jakie życie
musi mieć człowiek marzący o domu opieki? Jakie życie ma ktoś, kto
ubolewa nad tym, że kilkuset złotych brakuje mu do tego, żeby zapłacić
za opiekę w domu spokojnej starości? Nikt nie zasługuje na to, żeby być pozostawionym samym sobie. Nikt!
środa, 04 kwietnia 2012
Marketowe święta
Trochę bawią mnie religijne święta i obrzędy. Pielgrzymki w niedzielę do kościoła, a raczej wyprawy świeżo wypolerowanym samochodem w świeżo wyjętym z szafy syntetycznym futrze, starannie wypastowanych butach, które na co dzień trzymane są w pudełku, wyciągane są jedynie na wesela, pogrzeby i niedzielne spędy w kościele. W ostatnią niedzielę znowu palma ludziom odbiła i z krzakami w rękach hurtem szli do kościoła, by swoje martwe łodygi podlać wodą, co to jej diabeł się boi, a za rok te krzaki w spalonej postaci wylądują na głowach palmiarzy. Nie wspomnę o tym, że te zwane palmami krzaki można kupić we wszystkich marketach za jakieś grosze. W wiadomościach od tygodni słyszę o tym, że aby przygotować Wielkanoc, wydamy co najmniej kilkadziesiąt złotych więcej, że jajka podrożały o prawie 100%, że wędliny i mięsa są drogie, że wypłaty się nie zmieniają, a ceny rosną, że biedniejemy. W marketach od miesiąca można kupić styropianowe i plastikowe pisanki, kartki w różowych kopertach z życzeniami: „Alleluja!”, sztuczne bazie, barwniki sztuczne do farbowania jajek. Pamiętam, jak jako małe dziecko cieszyłam się, kiedy farbowaliśmy jajka w łupinach cebuli lub wodzie z buraków. Pamiętam, jak wydrapywałam cyrklem pisanki, jak szukałam bazi i bukszpanu, żeby przyozdobić koszyczek, jak z dumą szykowałam święconkę. Czasy się zmieniły i może właśnie przez marketową jakość świąt straciły one swoją magię?! Dla tych, którzy powątpiewają – zostałam wychowana w rodzinie katolickiej, co niedzielę chodziłam do kościoła, w pierwsze piątki miesiąca klękałam przy konfesjonale i spowiadałam się księdzu. Do czasu, gdy jako nastolatka zaczęłam zastanawiać się nad schematami, w które wpadłam i rytuałami, w których bezmyślnie brałam udział. I owszem, obchodzone są u mnie w domu święta i Boże Narodzenie, i Wielkanoc, łamię się opłatkiem, ubieram choinkę – bo wszystko to jest doskonałym pretekstem do zgromadzenia się przy jednym stole, nadrabiania zaległości w rozmowach, do poświęcenia sobie nawzajem 100% naszej uwagi. Każdy pretekst jest świetny do tego, by zatrzymać się na chwilę, złapać głęboki oddech i zacieśnić więzi rodzinne. Można robić rzeczy, na które nie ma się czasu na co dzień – grać w Scrabble, Monopoly, karty, Kolejkę z rodzicami, rodzeństwem, można usiąść i cieszyć się sobą nawzajem. Wielkanoc już drugi rok z rzędu spędzę u Ka. W zeszłym roku było dziwnie, inaczej, w końcu pierwszy raz spędzałam całe święta poza domem, w zupełnie innej części Polski, z zupełnie inną niż moja rodziną – rodziną z inną historią i tradycjami. Teraz trochę zamierzam przemycić swojej rodziny, swoich zwyczajów do rodziny Ka i upiekę ciasta, ozdobię jajka (tylko i wyłącznie kwestie estetyczne mną kierują), a na lany poniedziałek przygotuję się jak dziecko, ha!
środa, 28 marca 2012
Pieniądze to nie wszystko
Jak mieliśmy mniej pieniędzy, byliśmy szczęśliwsi. Tak mi się wydaje.
Kiedyś przyjemność sprawiało nam wszystko: sałatka owocowa - była rarytasem, wyjście do kina - bo zazwyczaj oglądaliśmy filmy w domu, spacer, wyjazd poza Wrocław, robienie zdjęć, gra w kalambury przy użyciu programu Paint. Tak niewiele było trzeba, żeby na naszej twarzy pojawił się uśmiech. Nie mieliśmy wiele, oszczędności też raczej niewielkie, ale mieliśmy siebie i to było najważniejsze i najcenniejsze.
Choć minęło niewiele czasu, bo może jakieś 3 lata, choć nie jesteśmy jakoś super bogaci, to jednak jest inaczej. Myślę, gorzej. Ciekawy weekend to taki, kiedy Ka pojedzie rowerem do Czech lub w Góry; ja poleniuchuję, wypiję winko z Jot lub pojadę na zakupy; kino jest standardem, jak tylko ciekawszy film pojawi się w repertuarze; wieczorem siedzę z laptopem, Ka w rękach ma IPada. I trochę powrotem do korzeni naszego związku są sporadyczne Scrabble czy gra w statki, tak, to jest to, co ostatnio sprawia mi ogromną przyjemność.
Pewnie, że nie chciałabym wrócić do czasów, kiedy musiałam bardzo pilnować wydatków i mam nadzieję, że nie będę musiała tego robić, ale pieniądze psują ludzi, psują życie, bo staje się ono dużo wygodniejsze. Po prostu w tyłkach się przewraca. Teraz jem makaron pełnoziarnisty, najlepiej z mąki z pełnego przemiału, kiedyś nie gardziłam najtańszym. Dziś w szafce mam sól morską, mineralną, ziołową, kiedyś starczała stołowa. Czy narzekam? Nie, nie mam prawa, bo pamiętam też czasy, kiedy kilka miesięcy nie jedliśmy drugiego dania, bo nas na nie nie było stać. Kiedy pracowałam 11 godzin dziennie w barze, a do tego dwie nocki z rzędu robiłam inwentaryzację w markecie, żeby móc dorobić więcej, żeby łatwiej było gospodarować i żyć. Pewna jestem tego, że kiedy nie ma pieniędzy, do dbania o siebie i związek potrzebna jest większa uwaga i kreatywność, co bardzo cementuje.
Powszechne jest mówienie, że pieniądze szczęścia nie dają i pewnie prawdą jest to, że najczęściej mówią to bogaci. Mówi się też, że od przybytku głowa nie boli, czy oby na pewno?
|